ZGODA NA DRODZE

Przekonywający był profesor – dobrze znany uczestnik areopagów – że zaufanie jest stanem, którego najlepiej nie odczuwać. Bo oznacza to, że wszystko jest w porządku. Pytania o zaufanie niosą niepokój. Brak zaufania powoduje, że zwykłe spóźnienie z powodu korka ulicznego może otrzymać sens, którego ciężar trudno unieść.

Zgoda ma naturę podobną do zaufania. Nie odczuwając potrzeby pytania o nią, cenimy niebanalne drogi innych, traktując je jako koloryt i dobrodziejstwo. Bez lęku czynimy to, na co sumienie nam pozwala. I tak zgoda potrzebuje drugiej strony, jej słyszenia, diagnoz i własnej czytelności.
Gdy wspomnimy własne drogi do zgody z innymi, to pojawia się doświadczenie samoograniczenia. Refleksja, że chociaż mógłbym może zrobić coś lepiej i szybciej, to wraz z innymi, w zgodzie, można stworzyć dobro wspólne. A takie daje szczególną radość. Innymi słowy, są samodzielności, które karmią się pychą.

Intuicyjnie czujemy, że zgoda jest ważna, ale nie absolutna. Dzięki prawdzie, prawdomówności, a nawet nonkonformizmowi, porozumienia międzyludzkie nie karłowacieją. Nie trzeba mieć przed oczyma największych przełomów w dziejach ludzkości, a nawet jednego z najważniejszych zdań z Ewangelii, by wiedzieć, że życie czerpie soki z obumierania: krótkowzroczności, samozadowolenia i innych niecnót.
Czy bez samoograniczenia obrona prawdy łatwo nie przechodzi na stronę brawury, a nawet bezwzględności?

ks. Witold Bock